hmmm, tak se mysle, ze zyje po to by nauczyc akceptowac samego siebie... czlowiek, ktory nie potrafi kochac samego siebie podobnoz nie bedzie potrafil prawdziwie pokochac drugiej osoby, moze nawet i dlatego, ze nie bedzie potrafil uwierzyc, ze ta druga osoba moglaby go obdarzyc takowym uczuciem, skoro nie potrafi kochac sam siebie?
ogladam i czytam, mysle i rozmyslam i jest tak wiele warstw i znaczen homoseksualizmu, tak wiele tematow, ktore sa warte zastanowienia, na ktore nie zawsze sa jednoznaczne odpowiedzi, ze az sie boje i zastanawiam nad wlasnym jestestwem, czy akceptuje do konca samego siebie??
a jakiez trudnym jest to pytanie, kiedy wiem ponad wszelka watpliwosc, ze takim sie po prostu urodzilem i zmienic tego nikt (ani ja) nie potrafi - coz innego pozostaje ponad akceptacje samego w takim razie siebie?
a skoro mi przychodzi tak ciezko z akceptacja - skoro srodowisko gejowskie jest samo w sobie homofobiczne, jak mozna wymagac od reszty spoleczenstwa by bezkrytycznie akceptowali nas, gejow?
jedno wiem, to co napisalem powyzej - homoseksualizm to nie jest choroba, ktora mozna wyleczyc, to zjawisko tak naturalne, jak matka natura tego chcial! Na wszystko potrzeba czasu...
niektorzy mowia, ze jest to kwestia milosci... to prawda, dlaczego mialbym nie kochac tego, kogo chce kochac?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz